Nazwy ulic, placów, mostów i innych obiektów miejskich zmieniają się wraz ze zmianami systemu. Przykładowo plac Piłsudskiego nosił takie miano od 1928 do 1939 r., potem był to Adolf-Hilter-Platz, by po II wojnie stać się pl. Zwycięstwa; swoje przedwojenne miano odzyskał w 1990 r. Notabene upadek komunizmu był ostatnią dużą serią zmian nazw ulic: Stalingradzka stała się Jagiellońską, pl. Leńskiego - pl. Hallera, Nowotki - Jana Pawła II, gen. Świerczewskiego - "Solidarności" itd. Przykładów można by mnożyć.
O ile zmiana nazewnictwa przy zmianie władzy wydaje się dosyć logiczna - konsekwencją logiki podboju nazistowskich Niemiec było nazwanie największego placu w stolicy podbitego kraju imieniem Führera. Podobnie po 1989 r., gdy ustrój komunistyczny i jego bohaterowie zostali zdeprecjonowani, nie można było sobie wyobrazić dalszego istnienia nazw ulic honorujących komunistycznych "świętych".
Wydaje się zatem, że "w czasie pokoju" do rewolucyjnych zmian nie powinno dochodzić. Urząd miejski powinien nadawać nazwy jedynie nowym ulicom, parkom i mostom. Niestety, w Warszawie sytuacja jest odmienna. Zarówno urzędowa Komisja Kultury i Nazewnictwa (działająca przy Radzie m. st. Warszawy), jak i niektórzy "varsavianiści" lub "dziennikarze" wychodzą z pomysłami, których raczej powinni się wstydzić. Najsłynniejszą kontrowersja dotyczyła zmiany nazwy ronda Babka na rondo Zgrupowania AK "Radosław", jaką zaserwowali nam radni w 2001 r. Pomysł dosyć niefortunny, co gorsza - zrealizowany. W efekcie większość warszawiaków (włącznie z piszącym te słowa) używa nadal starej nazwy - a minęło 10 lat! Nie wiedzieć czemu radni zdecydowali się nagle zmienić uświęconą tradycją nazwę (mimo że trudno coś więcej powiedzieć o jej rodowodzie), aby uhonorować powstańców warszawskich. Jak bardzo niefortunny to był krok widać po tym, że nazwa jest długa i trudna do skrócenia (rondo Radosława brzmi jeszcze gorzej niż rondo Babka). Doprawdy, wydaje mi się, że lepiej można było uhonorować akurat ten oddział powstańczy fundując przy rondzie pomnik lub tablicę pamiątkową albo nazywając jego imieniem którąś z pobliskich szkół. W efekcie - nazwa jest, jaka jest, nawet ZTM nie stosuje jej w całości, zatem funkcja edukacyjna/honorująca słabo jest realizowana.
Kilka miesięcy temu portal tvnwarszawa.pl doniósł, że ratusz rozważa nazwanie wciąż budującego się mostu Północnego imieniem naszej noblistki, Marii Curie-Skłodowskiej. No bo to jej rok w tym roku i kobieta, i w ogóle och-ach. Cały projekt jest tyleż infantylny, co bezsensowny. Warszawiacy chyba na dobre przyzwyczaili się do nazwy "Północny", że tak łatwo nie dadzą sobie wcisnąć czegoś innego. Oczywiście nie mam nic przeciwko samej noblistce, jestem za tym, aby uhonorować jej imieniem jakąś ulicę, ale jakoś dla przeprawy przez rzekę jakoś mi nie pasuje. Tym bardziej, że nazwę most Północny wałkuje się od dobrych kilku lat (jak nie więcej) w programach wyborczych, "wieloletnich planach inwestycyjnych" i obietnicach. Jeśli chciało się ten most nazwać inaczej, trzeba było w fazach projektowych ochrzcić go roboczo nazwą "most X" lub "most nr 3456/E/56u", a dopiero, gdy już prace budowlane będą zbliżać się ku końcowi - wybierać normalną nazwę docelową.
Bezpośrednią inspiracją do napisania tego tekstu była dla mnie natomiast informacja, że owa komisja nazewnictwa pozytywnie zaopiniowała pomysł, aby przemianować stację metra Świętokrzyska na Świętokrzyska-PASTA. Cóż... Nigdy za wiele słów, by napiętnować absurd. Nie wiem, skąd nagle taki pomysł - żeby przypodobać się kombatantom? (Ale już jest po wyborach!) Po pierwsze sama idea zmiany nazwy istniejącej od długiego czasu stacji metra jest bezsensowna, chyba że podyktowana ważnymi zamianami wokół tejże stacji. Przecież taka zamiana to: (a) koszty (wszystkie naklejki na wszystkich stacjach i w każdym wagonie; nowe zapowiedzi głosowe etc. etc. etc.), (b) złamanie przyzwyczajeń mieszkańców. Rozumiałbym jeszcze rozważania odnośnie nieistniejących stacji, ale - na Boga! - nie ruszajcie Świętokrzyskiej! Po drugie taka zmiana nie wyjaśnia, ale zaciemnia. Co jak co, ale nazwa stacji metra powinna skrótowo wskazywać na to, gdzie się znajduje. Centrum to centrum, Kabaty to Kabaty, a Politechnika - to Politechnika. PASTA - przecież większość użytkowników metra w ogóle nie będzie rozumieć, o co tu chodzi. Tym bardziej, że dotychczasowa nazwa jak najbardziej jest właściwa i funkcjonalna. Doprawdy - powtórzę to, co napisałem kilkanaście linijek wyżej - można znaleźć wiele innych pomysłów, aby uhonorwać bohaterski czyn powstańców, ale ten pomysł zmiany nazwy stacji metra jest jeszcze głupszy niż, niestety zrealizowany, pomysł likwidacji nazwy "rondo Babka". Podkreślę: każdy dzień funkcjonowania Muzeum Powstania Warszawskiego więcej daje w kwestii upamiętnienia powstania niż jakakolwiek nazwa ulicy, nawet tej najbardziej ruchliwej.
Na początku XXI wieku zarówno na forum warszawskim, jak i ogólnopolskim toczyły się liczne dyskusje o kształt (i ewentualną konieczność lub jej brak) prowadzenia polityki historycznej przez państwo. Pewne kroki na tym polu były też czynione - np. wtedy powstało wspomniane Muzeum Powstania Warszawskiego. Jeśli u progu kolejnej dekady XXI wieku chcemy uprawiać tę politykę w taki sposób, to chyba to jest karykatura, a nie polityka historyczna...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz