piątek, 14 października 2011

Absurdów nazewnictwa w bród

Nazwy ulic, placów, mostów i innych obiektów miejskich zmieniają się wraz ze zmianami systemu. Przykładowo plac Piłsudskiego nosił takie miano od 1928 do 1939 r., potem był to Adolf-Hilter-Platz, by po II wojnie stać się pl. Zwycięstwa; swoje przedwojenne miano odzyskał w 1990 r. Notabene upadek komunizmu był ostatnią dużą serią zmian nazw ulic: Stalingradzka stała się Jagiellońską, pl. Leńskiego - pl. Hallera, Nowotki - Jana Pawła II, gen. Świerczewskiego - "Solidarności" itd. Przykładów można by mnożyć.
O ile zmiana nazewnictwa przy zmianie władzy wydaje się dosyć logiczna - konsekwencją logiki podboju nazistowskich Niemiec było nazwanie największego placu w stolicy podbitego kraju imieniem Führera. Podobnie po 1989 r., gdy ustrój komunistyczny i jego bohaterowie zostali zdeprecjonowani, nie można było sobie wyobrazić dalszego istnienia nazw ulic honorujących komunistycznych "świętych".
Wydaje się zatem, że "w czasie pokoju" do rewolucyjnych zmian nie powinno dochodzić. Urząd miejski powinien nadawać nazwy jedynie nowym ulicom, parkom i mostom. Niestety, w Warszawie sytuacja jest odmienna. Zarówno urzędowa Komisja Kultury i Nazewnictwa (działająca przy Radzie m. st. Warszawy), jak i niektórzy "varsavianiści" lub "dziennikarze" wychodzą z pomysłami, których raczej powinni się wstydzić. Najsłynniejszą kontrowersja dotyczyła zmiany nazwy ronda Babka na rondo Zgrupowania AK "Radosław", jaką zaserwowali nam radni w 2001 r. Pomysł dosyć niefortunny, co gorsza - zrealizowany. W efekcie większość warszawiaków (włącznie z piszącym te słowa) używa nadal starej nazwy - a minęło 10 lat! Nie wiedzieć czemu radni zdecydowali się nagle zmienić uświęconą tradycją nazwę (mimo że trudno coś więcej powiedzieć o jej rodowodzie), aby uhonorować powstańców warszawskich. Jak bardzo niefortunny to był krok widać po tym, że nazwa jest długa i trudna do skrócenia (rondo Radosława brzmi jeszcze gorzej niż rondo Babka). Doprawdy, wydaje mi się, że lepiej można było uhonorować akurat ten oddział powstańczy fundując przy rondzie pomnik lub tablicę pamiątkową albo nazywając jego imieniem którąś z pobliskich szkół. W efekcie - nazwa jest, jaka jest, nawet ZTM nie stosuje jej w całości, zatem funkcja edukacyjna/honorująca słabo jest realizowana.
Kilka miesięcy temu portal tvnwarszawa.pl doniósł, że ratusz rozważa nazwanie wciąż budującego się mostu Północnego imieniem naszej noblistki, Marii Curie-Skłodowskiej. No bo to jej rok w tym roku i kobieta, i w ogóle och-ach. Cały projekt jest tyleż infantylny, co bezsensowny. Warszawiacy chyba na dobre przyzwyczaili się do nazwy "Północny", że tak łatwo nie dadzą sobie wcisnąć czegoś innego. Oczywiście nie mam nic przeciwko samej noblistce, jestem za tym, aby uhonorować jej imieniem jakąś ulicę, ale jakoś dla przeprawy przez rzekę jakoś mi nie pasuje. Tym bardziej, że nazwę most Północny wałkuje się od dobrych kilku lat (jak nie więcej) w programach wyborczych, "wieloletnich planach inwestycyjnych" i obietnicach. Jeśli chciało się ten most nazwać inaczej, trzeba było w fazach projektowych ochrzcić go roboczo nazwą "most X" lub "most nr 3456/E/56u", a dopiero, gdy już prace budowlane będą zbliżać się ku końcowi - wybierać normalną nazwę docelową.
Bezpośrednią inspiracją do napisania tego tekstu była dla mnie natomiast informacja, że owa komisja nazewnictwa pozytywnie zaopiniowała pomysł, aby przemianować stację metra Świętokrzyska na Świętokrzyska-PASTA. Cóż... Nigdy za wiele słów, by napiętnować absurd. Nie wiem, skąd nagle taki pomysł - żeby przypodobać się kombatantom? (Ale już jest po wyborach!) Po pierwsze sama idea zmiany nazwy istniejącej od długiego czasu stacji metra jest bezsensowna, chyba że podyktowana ważnymi zamianami wokół tejże stacji. Przecież taka zamiana to: (a) koszty (wszystkie naklejki na wszystkich stacjach i w każdym wagonie; nowe zapowiedzi głosowe etc. etc. etc.), (b) złamanie przyzwyczajeń mieszkańców. Rozumiałbym jeszcze rozważania odnośnie nieistniejących stacji, ale - na Boga! - nie ruszajcie Świętokrzyskiej! Po drugie taka zmiana nie wyjaśnia, ale zaciemnia. Co jak co, ale nazwa stacji metra powinna skrótowo wskazywać na to, gdzie się znajduje. Centrum to centrum, Kabaty to Kabaty, a Politechnika - to Politechnika. PASTA - przecież większość użytkowników metra w ogóle nie będzie rozumieć, o co tu chodzi. Tym bardziej, że dotychczasowa nazwa jak najbardziej jest właściwa i funkcjonalna. Doprawdy - powtórzę to, co napisałem kilkanaście linijek wyżej - można znaleźć wiele innych pomysłów, aby uhonorwać bohaterski czyn powstańców, ale ten pomysł zmiany nazwy stacji metra jest jeszcze głupszy niż, niestety zrealizowany, pomysł likwidacji nazwy "rondo Babka". Podkreślę: każdy dzień funkcjonowania Muzeum Powstania Warszawskiego więcej daje w kwestii upamiętnienia powstania niż jakakolwiek nazwa ulicy, nawet tej najbardziej ruchliwej.
Na początku XXI wieku zarówno na forum warszawskim, jak i ogólnopolskim toczyły się liczne dyskusje o kształt (i ewentualną konieczność lub jej brak) prowadzenia polityki historycznej przez państwo. Pewne kroki na tym polu były też czynione - np. wtedy powstało wspomniane Muzeum Powstania Warszawskiego. Jeśli u progu kolejnej dekady XXI wieku chcemy uprawiać tę politykę w taki sposób, to chyba to jest karykatura, a nie polityka historyczna...

sobota, 1 października 2011

Warszawska Atlantyda

Jest w Warszawie taki most, pod którym znajduje się drugi most. Nie mówię tu o moście Gdańskim. Mam na myśli most Poniatowskiego - na górze jest normalny most, z którego na co dzień korzystamy. Pod nim zaś, w tajemniczych odmętach Wisły znajdują się resztki mostu przedwojennego, zniszczonego przez Niemców w 1944 r. Pierwsza myśl: niby nic specjalnego - pewnie jakieś obrośnięte glonami trzy kamienie i kawałek żelastwa. Gdy jednak pomyśleć dalej: zaraz, zaraz - a może tam jest coś więcej? Przecież to nie byle kamienie - ale prawdziwe relikty "Warszawy z innej epoki" - wszak to, co przedwojenne, w stolicy jest jak skamielina, jak niezrozumiałe hieroglify albo skuty syberyjskim lodem mamut. To, co jest zachowane sprzed Wielkiego Wybuchu w Warszawie to resztki innej cywilizacji, innej Warszawy, która nigdy nie będzie taką, jaka była przed 1939 r. (Choćby ze względu na skład etniczny czy po prostu konkretny układ ulic.)
Gdy pierwszy raz przeczytałem - a była to notka o uruchomieniu wiosną ścieżki rowerowej, wiodącej po prawym brzegu, wśród praskich Krzunów - o tym, że pod mostem Poniatowskiego, w wodach Wisły znajdują się resztki przedwojennej konstrukcji mostu, którą to konstrukcję można ujrzeć przy niskich stanach wody, pomyślałem: "To jest to!". Wybierałem się w ten rejon z aparatem w czerwcu - wszak wtedy wody było bardzo mało - ale nie udało mi się. W końcu, wczoraj - przynaglony publikacjami w mediach o tym, że "wynurzyło się z wody" - postanowiłem naocznie przekonać się, o czym jest mowa.
Wrażenie jest niesamowite. Z plaży przy Stadionie Narodowym (notabene ta plaża to świetny pomysł!), mijając obściskujące się pary, młodzież popijającą w krzakach piwo czy rowerzystów, szusujących po wspomnianej nowej ścieżce rowerowej - wchodzimy pod drugie przęsło mostu, licząc od strony praskiej. Z piasku wynurzają się nagle dwie pary nitek szyn tramwajowych... Spoglądam w lewo, spoglądam w prawo - i spostrzegam, że stoję po prostu na zachowanym w całości fragmencie przęsła mostu: stąpam po przedwojennej nawierzchni i widzę szyny tramwajowe. Kilka kroków dalej i nagle płyta mostu się urywa, strasząc rzędem wystającego z wody żelastwa. Spacer tym fragmentem przedwojennej Warszawy kończy się tak nagle jak sama tamta Warszawa dramatycznie się skończyła w 1944 r. Wypatruję w poskręcane żelastwo, rozpoznając nity, śruby i inne metalowe konstrukcje:
To toto podłużne, walcowate - latarnia? Rura jakaś odwadniająca? Za moimi plecami jakiś facet po trzydziestce patrzy, milczy, w końcu mówi: "Kawałek historii, prawda?" Niedługo potem przychodzi matka z dzieckiem i pokazuje młodemu warszawiakowi historię tego miasta...

Kapitalne miejsce! Tak, Warszawa ma swoją Atlantydę - bo jak inaczej nazwać niezwykły relikt przeszłości, przeszłości nieodległej, ale w Warszawie jest to przeszłość o "lata świetlne" oddalona? Relikt, który nie zawsze jest dostępny dla zwykłego turysty z aparatem. Trzeba do niego się dostać, przebyć niestandardową drogę, trzeba wreszcie wypatrywać Wisłę i jej poziom - bo most "wynurza" się tylko przy bardzo niskim stanie wody.
Polecam każdemu, kto ma możliwość - chodź nad Wisłę i zobacz na własne oczy magiczny, namacalny fragment dawnej Warszawy! Dlaczego magiczny? Bo taka sterta żelastwa, nietknięta od niemal 70 lat, leżąca prawie w środku miasta - to tak jakby jakiś "desant z kosmosu", to kontakt z tamtą Warszawą. Tak jakby nagle w centrum miasta "wynurzyła się z gruzów" zabudowa getta albo wielkomiejskie kamienice Marszałkowskiej. Tym bardziej radzę się spieszyć, bo poziom wody może się podnieść - a wtedy wszystko zniknie znów pod wodą do następnego lata. (Historia prawie jak z sezamem w bajce.)
Warto wybrać się nad Wisłę także dlatego, że Wisła to jest coś dla Warszawy bardzo ważnego, a jednocześnie wciąż niedocenionego. Jest co prawda wspomniana plaża na praskim brzegu, dzięki tunelowi Wisłostrady i zabudowaniom Centrum Nauki Kopernik Powiśle "przypełzło" w stronę Wisły. To wciąż mało, a powodów, by ku Wiśle się zwrócić jest mnóstwo - ot, choćby takie niezwykłe rzeczy jak relikty starego mostu Poniatowskiego, wynurzające się z wody...


 







piątek, 30 września 2011

Warszawa

Warszawa jest niewątpliwie kobietą - żyjącą w pośpiechu, nerwową, trochę roztargnioną, lecz także pełną ciepła, namiętną, wywołującą niepokój. Nie oszałamia urodą, ale nie pozostawia człowieka obojętnym. Nie daje czytelnych znaków, lecz zawsze pozwala odczuć swą bliskość. [...]
Jej siły witalne wydają się nieskończone, w żyłach płynie pomieszana krew królów, mieszczan ze Starego Miasta, magnatów z Krakowskiego Przedmieścia, karierowiczów z Polski i Litwy, wieśniaków z Mazowsza, Żydów z Nalewek oraz robotników i inteligentów z całego kraju. Wielokrotnie doświadczana przez dzieje, oderwała się w końcu od materii, i choć przenika wszystko - budowle, opowieści, tożsamość - nie można jej ani właściwie uchwycić, ani zniszczyć. Niesamowitego genius loci nie przekażą opisy ani fotografie. Trzeba tu pobyć, spacerować po nieznanych, odległych dzielnicach, zgubić się w labiryncie ulic, bram i podwórzy, wiele razy wracać w znużeniu do domu, aż okaże się, że Warszawa już jest gdzieś w nas, wszechogarniająca, metafizyczna.
To miasto dla ludzi inteligentnych, a także wrażliwych i obdarzonych wyobraźnią. Takich, którzy gotowi są z pokorą, wyposażeni tylko w opowieść, wyruszyć pomiędzy odrapane mury starych kamienic, poszukać drobnych artefaktów, śladów światów, które odeszły bezpowrotnie. Zwiedzanie Warszawy często przypomina błądzenie i grę wyobraźni. Nie ma w niej bowiem nic z banalnej skarbnicy pamiątek narodowych, którą poznaje się, słuchając monologu przewodnika. Warszawę trzeba zwiedzać samotnie lub z kimś najbliższym, trzeba umieć ją poczuć, nawiązać z nią dialog, połączyć własną i jej historię - wtedy otworzy się, a włożony wysiłek zwróci w dwójnasób.
(A. Dylewski, Warszawa i okolice, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2005, s. 35.)

Nikt dotąd nie napisał tak niewiele, mówiąc tak wiele o Warszawie. Te trzy akapity pochodzą z najlepszego przewodnika o stolicy, jaki kiedykolwiek miałem w ręku.